"Martwa strefa" zaskakuje spokojem i stonowaniem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to produkcja Davida Cronenberga z lat 80., a więc z czasów jego najbardziej widowiskowych filmów science fiction. [...] to bardziej dramat psychologiczny z wyraźnym wątkiem niespełnionej miłości. W głównym bohaterze, choć jest jasnowidzem i może wpływać na bieg historii, najważniejsze jest to, jak radzi sobie z samotnością i sytuacją, w której się znalazł. Lekarze, dziennikarze i policjanci widzą w nim lokalną atrakcję, a on po prostu chciałby mieć święty spokój i założyć rodzinę z ukochaną u boku. Choć w filmie są elementy zarówno kryminału, jak i horroru, na pierwszy plan wysuwa się dramat jednostki, którą od normalnego życia oddziela nadprzyrodzona zdolność. Pod tym względem "Martwej strefie" bardzo blisko do słynnej "Muchy". Przez lata film zyskał z dwóch powodów. Po pierwsze – to przede wszystkim solidny dramat jednostki skupiony na życiu wewnętrznym bohatera. Johnny to typowy cronenbergowski protagonista: odstaje od reszty społeczeństwa i nie czuje się w pełni jego częścią, choćby chciał. To wrażliwy indywidualista naznaczony piętnem, na którego punkcie dostaje obsesji odciągającej go od normalnego życia. Po drugie – Johnny’ego gra Christopher Walken.