W sierpniu 1941 roku do załogi Aresztu Centralnego dołączyły kobiety-strażniczki. Pod względem formalnym nie były one funkcjonariuszkami ŻSP, niemniej podlegały przepisom mundurowym, organizacyjnym i dyscyplinarnym tej formacji. Stanowisko kierowniczki oddziału kobiecego piastowała Sylwia Hurwicz (adwokat, mieszkająca przed wojną w Łodzi).
O ile Leopold Lindenfeld cieszył się w getcie bardzo dobrą opinią, o tyle wśród podległego mu personelu szerzyła się korupcja. Więźniowie dysponujący odpowiednio dużymi zasobami finansowymi mogli liczyć na pośrednictwo strażników w otrzymywaniu paczek od rodzin, umieszczenie w wygodniejszych i mniej zatłoczonych celach, czasowe przepustki, a nawet przedterminowe zwolnienie. Za szczególnie skorumpowanego był uważany zastępca kierownika Ignacy Blaupapier. Zyskami z łapówek miał się przy tym dzielić z Niemcami.
Warunki panujące w areszcie Do Aresztu Centralnego trafiały przede wszystkim osoby oskarżone o szmugiel lub nielegalne przebywanie po „aryjskiej stronie”. Osadzenie w areszcie groziło także za inne przewinienia, na przykład jazdę tramwajem bez biletu lub nieprzestrzeganie zarządzeń obrony przeciwlotniczej. Pod koniec maja 1942 roku blisko 1/3 osadzonych stanowili nieletni poniżej 15.