Papiestwo i niektórzy władcy świeccy zdawali sobie sprawę, iż powstające na Wschodzie państwa łacińskie dla swojego przetrwania potrzebują stałego dopływu osadników i żołnierzy. Z prośbami o przybycie jednych i drugich często zresztą zwracali się tamtejsi władcy, borykający się z problemem braku ludzi. Miejscowi muzułmanie byli, co zrozumiałe, wrogo nastawieni do nowych panów. Wspólnoty chrześcijan wschodnich, po pierwszych wybuchach entuzjazmu, często przyjmowały postawę wyczekującą, bojąc się represji w razie klęski łacinników.
Poza tymi czynnikami na zorganizowanie kolejnej wyprawy krzyżowej wpływ miał fakt, iż wielu uczestników I krucjaty, wątpiąc w jej powodzenie, w kryzysowych sytuacjach rejterowało. Wracali do swych posiadłości w Europie lub zostawali gośćmi na dworze bizantyńskim. Był to czyn tym bardziej haniebny, iż nie tylko pozostawiali innych uczestników na pastwę niebezpieczeństwa, ale także łamali w ten sposób śluby krzyżowe. Często byli to nie tylko pomniejsi i dzięki temu mogący liczyć na anonimowość rycerze, ale i wielcy panowie, zaliczani w poczet dowódców wyprawy. Presja otoczenia, zwłaszcza wobec końcowego sukcesu tych, których pozostawili, znacznie wzrosła.