bocianów i innych ptaków, podążających gromadnie za owadami, jednak liczebność rojów zdecydowanie przewyższała możliwości naturalnych drapieżników.

Relacje Lewis Larsson, szef działu fotograficznego Kolonii Amerykańskiej, który to dział miał znaczący udział w dokumentowaniu nalotu, donosił o chmarach szarańczy w Judei w lutym 1915. Dokumentacja Larssona i jego kolegów trafiła m.in. do pisma „National Geographic” (artykuł Jerusalem's Locust Plague), a ostatecznie do Biblioteki Kongresu USA.

Świadkowie nalotu mówili, że „nie można było go porównać z niczym, co widzieli za życia” i że była to klęska „biblijnych rozmiarów” (vide biblijne plagi egipskie). Owady określano też jako „armia Allaha”. Mówiono, że „zaćmiewa Słońce”. Według pamiętników, przelot roju szarańczy nad miastami potrafił zająć dwie godziny. Panowało poczucie bezradności.

Roje bezskrzydłych larw pełzły po ziemi niczym „strumienie“ i u niektórych wywoływały objawy choroby lokomocyjnej.

Rok 1915 mieszkańcy regionu wspominali potem jako „rok szarańczy” (Am al-Jarad).