Edmund Burke martwił się o zachowanie tak zwanego „związku generacyjnego” między pokoleniami, by zbyt radykalna zmiana nie powodowała, że starsi i młodsi nie mogliby już się zrozumieć. Rewolucję traktował jako niedozwolone zerwanie ciągłości historycznej. Naród jest dziełem wielu generacji, tych przeszłych, obecnych i przyszłych. Żadna generacja nie ma prawa podejmowania decyzji w imieniu pozostałych. Rewolucja jest właśnie taką nieuprawnioną decyzją.

Burke w swej książce potępiał rewolucję, gilotynę, anty-arystokratyzm i mordy, lecz nie negował potrzeby zmian. Francuzom radził skorzystać w obalaniu absolutyzmu z dorobku „wolnościowego” Francji, tzn. z instytucji, jaką były Stany Generalne (zwołane we Francji w 1614, a potem dopiero w 1789).

Pisał to jeszcze zanim jakobini urządzali swe masowe mordy, lecz opierając się na pismach Rousseau i Holbacha uważał, że francuskie wizje polityczne, jako zbyt abstrakcyjne, wyrozumowane i pełne pogardy dla tradycji są skazane na niepowodzenie.

Kontynuatorami Burke’a byli w tym znaczeniu tacy myśliciele, jak Alexis de Tocqueville czy Herbert Spencer, a w polityce William Pitt Młodszy, Otto von Bismarck, Benjamin Disraeli czy Margaret Thatcher.