Kiedy z długiego taboru polskiego wysypały się kolejne szwadrony kawalerii, odpowiednio: Aleksandra Sobańskiego, kapitana Podhorskiego i Skurata, rozochocony Pobiedziński znów uderzył na nieprzyjaciela i rozbił kolejne jego awangardy, ale w trakcie pogoni za uciekającymi zginął w lesie zakłuty lancami, co wprowadziło popłoch wśród Polaków i było przyczyną rozpoczęcia odwrotu.
Tymczasem na równinie major Józef Orlikowski uszykował dwa kolejne szwadrony i wystąpił przeciw kolumnie rosyjskiej, rozbił ją i dopadł do jej artylerii, gdzie zorientowawszy się, że nie może liczyć na natychmiastowe wsparcie głównych sił, nakazał odwrót. Powodowała nim tylko chęć uniknięcia zbędnych strat przed głównym starciem, ale przyczyny tej decyzji zostały źle zrozumiane przez niedoświadczonych podkomendnych, tym bardziej, że dostrzeżono odwrót podkomendnych zabitego Pobiedzińskiego. Odwrót zamienił się w bezładną ucieczkę.
W międzyczasie główne siły gen. Kołyszko szykował tak, by czołem kolumny uderzyć na tył nieprzyjaciela, a centrum miało wstąpić w bój z prawym skrzydłem wroga. Na ustawiających się wpadli jednak wyżej wspomniani uchodzący z pola. Popsuło to szyki Polaków, którzy zbili się w bezładną masę, uchodzącą w stronę Daszowa. W ten sposób linie polskie załamały się pod ciężarem własnych towarzyszy.