Po spektaklu rozmawiają przy winie o teatrze i nauce, a marionetkarz porównuje ludzkiego ducha do żelaza, które magnesuje się, przeciągane przez spiralę.
Zdaniem absolwenta cały świat jest pełen cudów, ale ludzie nazywają je rzeczami codziennymi. Opowiada i tłumaczy tak jasno, że marionetkarz ma wrażenie, jakby ktoś otwierał mu głowę i wlewał nową wiedzę. Przyznaje, że gdyby był młodszy, poszedłby do politechniki, aby lepiej poznać świat. Mówi też, że mimo to jest szczęśliwym człowiekiem. Absolwent pyta, czy naprawdę jest szczęśliwy, a marionetkarz odpowiada, że tak, choć czasem marzy o byciu dyrektorem prawdziwego teatru, aby jego lalki ożyły i stały się prawdziwymi aktorami. Po rozmowie piją razem wino, które wydaje się zaczarowane. Absolwent promienieje jak słońce, a lalkarz myśli, że to może być przebrany bóg. Absolwent spełnia jego życzenie: marionetki ożywają, a marionetkarz zostaje dyrektorem teatru. Szybko jednak aktorzy zaczynają się kłócić o role i prestiż, a lalkarz czuje się uwięziony jak mucha w butelce.